Dziennik „Rzeczpospolita” opublikował artykuł „Sierocińce jak więzienia”: http://www.rp.pl/artykul/17,877987-Sierocince-jak-wiezienia.html, w którym czytamy, że w domach dziecka panuje prawo pięści – młodociani kryminaliści stają się tam hersztami, a słabsi są „dojeżdżani”. Z kolei często stosowaną przez opiekunów metodą na wychowanków, z którymi nie wiadomo co zrobić, jest wysyłanie „na kolonie” do szpitali psychiatrycznych, gdzie są karmione psychotropami i przyczepienie im są etykietki diagnozy psychiatrycznej, która może w przyszłości być podstawą do wypłacania renty i zakotwiczenia w roli pacjenta psychiatrycznego. Katarzyna Kiwer – psycholog z domu dziecka mówi:
„Przemoc jest sposobem na przetrwanie: silniejsi wygrywają, słabsi przegrywają. To spotyka dzieci codziennie i staje się normą”
i
„Często trafiają tam [do szpitali psychiatrycznych] dzieci nie chore psychicznie, ale mające zaburzenia po traumatycznych przeżyciach, które są oznaką rozpaczy i wołaniem o pomoc”
Sytuację potwierdza najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli: http://www.nik.gov.pl/plik/id,3757,vp,4791.pdf.
Sytuacja ta nie pozostaje bez związku z ostatnio głośnymi sprawami patologii, która dzieje się na dziecięcych oddziałach psychiatrycznych, gdzie trafiają wychowankowie domów dziecka – również ci sprawiający najwięcej kłopotów poprzez swoją demoralizację i stosowaną wobec innych przemoc.
Wspomnieć tu trzeba niedawną (końcówka kwietnia 2012) sprawę podejrzenia zgwałcenia 9-letniego chłopca przez 16-latka na dziecięcym oddziale psychiatrycznym w Radomiu (tutaj więcej na ten temat: http://radom.naszemiasto.pl/artykul/1397711,kontrola-w-szpitalu-psychiatrycznym-w-ktorym-zgwalcono-9,id,t.html).
Matka tego 9-latka, z powodu jego problemów emocjonalnych, po konsultacji ze szkolnym pedagogiem, przywiozła chłopaka na obserwację do psychiatryka. Na drugi dzień dzieciak w rozmowie telefonicznej zapłakany opowiedział co go tam spotkało.
Zostawiłam synka na oddziale, a następnego dnia wieczorem zadzwoniłam do niego. Wtedy synek zaczął płakać do słuchawki, że ktoś mu „zrobił krecika”. Przeraziłam się, nie wiedziałam co się stało. Był zupełnie roztrzęsiony.
- mówi matka.
Tak oto psychiatria „leczy”, a domy dziecka „wychowują”. Wychodzi na jaw rzeczywistość: psychiatryk – miejsce zesłania tych, z którymi „trzeba coś zrobić”, ale nie wiadomo co, a dom dziecka – miejsce demoralizacji silniejszych i zdeptania słabszych.






















W związku z ostatnio głośną sprawą sprzecznych ze sobą opinii norweskich psychiatrów na temat „zdrowia psychicznego” Andersa Breivika polecam artykuł Mateusza Rolika pod tytułem „Sąd nad psychiatrią?”:
Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że zakończyło się już drugie opiniowanie o „zdrowiu psychicznym” Andersa Breivika, który pół roku temu zabił w Norwegii 77 osób. Dlaczego biegli psychiatrzy po raz drugi z rzędu na potrzeby tego samego postępowania stawiali opinię o poczytalności lub niepoczytalności Breivika? Otóż sąd zarządził taką potrzebę, ponieważ przez społeczeństwo norweskie protestowało na wieść, że pierwsza opinia psychiatryczna stwierdzała, że Breivik jest niepoczytalny, bo „cierpi na schizofrenię paranoidalną”, więc nie możne ponosić odpowiedzialności za swoje czyny.
– Po prostu sąd zarządził ponowne stawianie opinii psychiatrycznej, bo społeczne zapotrzebowanie było inne niż stwierdzenie niepoczytalności. I zgodnie ze społecznym zapotrzebowaniem nowa opinia psychiatryczna stwierdziła poczytalność Breivika.




